niedziela, 10 lutego 2008
Między jawą a snem..
Jest to historia dwójki młodych ludzi. On i ona - mieszkają razem, są zakochani w sobie po uszy, znają się jak łyse konie, wiedzą o sobie wszystko, taka Miłość przez duże M. Spędzają ze sobą każdą wolną chwilę.. Pewnego wieczoru dziewczyna wpada na pomysł, aby nakręcić krótki horror, on ma grać mordercę, ona ofiarę.. Chłopak zakłada maskę, którą miał kiedyś na balu karnawałowym, ubiera się na czarno.. dziewczyna siada przed obiektywem kamery w ich pokoju na kanapie. Kamera włączona. Chłopak wyłania się pomału z mroku, w świetle lampy lśni ostrze noża.. Dziewczyna zauważa go w ostatniej chwili.. krzyczy.. i wybucha śmiechem. Wyłączają kamerę. śmieją się z nieudanej próby nakręcenia czegoś strasznego. Lądują w łóżku, zasypiają wtuleni w siebie.. Rano chłopak otwiera oczy.. a dziewczyny nie ma. Szuka jej w każdym zakamarku mieszkania, ale zniknęła. Nie ma jej w kuchni, ani w łazience, dzwoni na komórkę, słyszy tylko abonent tymczasowo niedostępny... Dzwoni do znajomych, rodziny, pracy dziewczyny, szuka jej w ulubionych miejscach, ale ona widocznie rozpłynęła się w powietrzu, bo nigdzie jej nie ma, nikt jej nie widział. W końcu zmęczony wraca do pustego mieszkania. Przypomina sobie o nakręconym dzień wcześniej filmie.. Bierze kamerę, odtwarza film.. A tam wszystko tak jak było.. dziewczyna na kanapie, on w masce zakrada się pomału, ale po krzyku dziewczyny, zamiast jej śmiechu jest.. istna rzeźnia.. Morderca dźga dziewczynę jak najęty.. Po czym, gdy ona dogorywa, zabójca patrzy prosto w obiektyw i wyłącza kamerę.. Chłopak jest przerażony, przecież to było w ich mieszkaniu... czy to on ją zabił, a gdzie ciało, kiedy, kto, dlaczego, milion pytań ciśnie się na usta i jedno najważniejsze co teraz.. Znów dzwoni na jej komórkę, ale słyszy to samo.. w końcu bierze butelkę alkoholu i zatapia smutki.. zasypia w fotelu. W nocy śnią mu się dziwne rzeczy... Budzi się, dziewczyny nie ma. Jest przerażony, co ma robić.. postanawia udać się do jasnowidza, hipnotyzera... Wszystko na nic.. Nie dowiaduje się tam niczego odkrywczego. Wraca zmęczony do domu.. Dręczą go wyrzuty sumienia, męczy go niepewność, strach.. Gdy wchodzi do domu słyszy sygnał sms-a. Wysłany z komórki dziewczyny. Czyta: Czy podobał ci się film? Chłopak przerażony odpisuje NIE!! Po chwili odpowiedź: Może dlatego, że to nie TY zagrałeś główną rolę?? Zdenerwowany dzwoni pod numer dziewczyny. Ktoś odbiera, słychać przerażającą ciszę.. ciszę, która aż boli.. Przerażony znów chwyta za butelkę.. pada na łóżko, zasypia, znów ma dziwne sny.. Budzi się ze strasznym bólem głowy, otwiera oczy, a obok niego.. śpi smacznie jego dziewczyna.. HEEEE???? Jak to?? Czy to był tylko sen? Tak to na pewno sen - myśli chłopak, przytula dziewczynę, ona uśmiecha się do niego przez sen. Ale zaraz.. komórka, kamera, film.. Wypada z łóżka.. biegnie do komórki - smsów nie ma.. - Mogłem je przez przypadek wykasować - myśli.. A film? Biegnie do kamery, siada na kanapie, tej pamiętnej kanapie, włącza kamerę.. Widzi siebie. Bohater na filmie też siedzi na kanapie. Nie przypominam sobie, żebym coś wczoraj kręcił - myśli chłopak.. Ogląda dalej.. Nagle z mroku wyłania się postać w masce.. Chłopak na filmie przerażony krzyczy (tak jak wcześniej dziewczyna), padają ciosy od noża, bohater filmiku zostaje zamordowany.. Znów morderca patrzy w obiektyw i wyłącza kamerę.. O co kurna chodzi?? - zastanawia się przerażony chłopak.. - Jak to jest możliwe.. Ktoś mnie zabił?? - Siedzi i myśli.. podnosi wzrok.. patrzy wprost w obiektyw drugiej włączonej na nagrywanie kamery.. A ta tu skąd??-myśli. Odwraca głowę a za nim.. jego dziewczyna w masce, z nożem w ręce.. Ciach, ciach.. Chłopak ginie.. Dziewczyna podchodzi do kamery, patrzy w obiektyw i wyłącza.. THE END!! Świńskie myśli: W Hollywood strajk odwołany, więc i ja postanowiłam wreszcie coś napisać ;) Mój pierwszy scenariusz :D
piątek, 21 września 2007
200 % normy
Kiedyś myślałam, że to jest niemożliwe wyrabiać się ponad normę ogólnie przyjętą. Dawać we wszystkim całego siebie, wkładać w sprawę myśli, serce i ciało. Ale po latach obserwacji samej siebie (czasem się zastanawiam czy nie mam rozdwojenia jaźni) stwierdzam, że taka właśnie jestem. Jeśli zależy mi na czymś, wchodzę w jakiś układ, to oddaję się tej sprawie na maxa. Do tego stopnia, że nie liczy się wtedy moje zdrowie, samopoczucie, a jedynie związek, osoba bądź czynność której poświęcam wszystko. Wchodzę po uszy w układ partnerski, bo gdy jestem zakochana to zachowuję się codziennie tak, jakby to był początek nastoletniego zaświergolenia. Grucham, całuję, przytulam, głaskam bez granic, mogę nic nie robić, tylko być z TĄ osobą, a i tak wtedy świat wydaje mi się najwspanialszy, a ja sama czuję się najszczęśliwsza. I tak dla mnie wygląda Miłość. Czuć ją wszystkimi zmysłami, porzucić egoistyczne myśli i chłonąć ją całą sobą. Podobnie jest w innych relacjach ludzkich. Gdy się z kimś oswoję, polubię, znajdę tę nić porozumienia, to wtedy można na mnie liczyć o każdej porze dnia i nocy. Oddaję ciało i duszę i nie ma dla mnie, wtedy, rzeczy niemożliwych. To w zasadzie same pozytywy dawania siebie, angażowania się w związki, ale są też minusy tego perfekcjonizmu. Gdy dziś wychodziłam z pracy po ośmiu godzinach, czułam dziwne wyrzuty sumienia, bo wydawało mi się, że byłam za krótko, zrobiłam za mało, nie wyrobiłam firmowej normy… Nie byłam z siebie zadowolona. Po 14 godzinach pracy jestem znacznie spokojniejsza i gdy czuję ból kręgosłupa, a łydki są twarde jak głaz to wiem, że to był udany dzień w pracy.. Zastanawia mnie czemu to wszystko. Skąd się u mnie bierze to całe „chore” zaangażowanie.. Ano, chyba tak zwyczajnie ze strachu. Boję się, że zostanę wymieniona na lepszy model. W pracy zastąpi mnie maszyna, która wyrobi w 8 godzin 10.000 kalendarzy, MMŻ znajdzie sobie piękną, idealną kobietę o francuskich rysach twarzy i melodyjnym śmiechu, a przyjaciele znudzą się moimi pomysłami i porzucą jak worek śmieci w przydrożnym lesie. Dlatego, gdy tylko wyczuję zagrożenie, że coś jest nie tak, czuję, że przestaję wyrabiać urojoną normę, po prostu zwiewam, bojąc się odrzucenia, porażki, krytyki… Gdy spotkasz mnie na swej życiowej drodze, a będziesz chciał oswoić to dzikie zwierzątko, to najpierw dobrze się zastanów czy chcesz mnie mieć na dobre i złe, czy chcesz moje serce, ciało i dusze, czy jesteś w stanie wytrzymać ból tych więzów, które nas splotą… Bo jeśli nie, to lepiej omiń mnie szerokim łukiem, bo ze świniami to jednak nigdy nic nie wiadomo. Świńskie myśli: Po tym portrecie psychologicznym, który sama o sobie nakreśliłam stwierdzam, że powinnam się leczyć.. i to jak najszybciej ;P
wtorek, 11 września 2007
i FEEL that
Trochę się zapuściłam w pisaniu.. o ile w ogóle można się w tej czynności zapuścić. Przyszła, nawet nie wiem kiedy, jesienno-zimowa szaruga, popsuła mi całą koncepcję lata i wszystkie nowo-zakupione bluzki z krótkim rękawem muszą przeczekać na lepsze, cieplejsze dni. Wyciągnęłam z szafki moje kapciuszki krówko-podobne, ale i one niewiele dają. Codziennie czuję chorobę i codziennie walczę z nią dzielnie stosując terapię witaminkową. Choć podobno najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny, więc chyba powinnam mieć jej w nadmiarze.. Słucham wieczorami „A gdy jest już ciemno” i zastanawiam się kiedy wreszcie ta piosenka mi się znudzi. Jak na razie nic z tego :) Bo przecież codziennie jest ciemno i codziennie mam ochotę powiedzieć „a teraz chodź tu do mnie…” :) Na razie zaprzestałam słuchać „Big girls don`t cry” bo tak naprawdę zdarza mi się to czasem, mimo że uważam się za dużą dziewczynkę. Oczywiście nadal bywam często w filmowym świecie, chyba nawet częściej niż w tym realnym. Ale dobrze mi z tym, a najlepiej wtedy, gdy filmową podróż odbywam trzymając za rękę najbliższą mi Osobę :* Oprócz tego żyję już jedną nogą w 2008 roku i często pisząc aktualną datę zastanawiam się, który to w końcu rok mamy. Ale to już zboczenie zawodowe i panować nad nim – jak i nad większością zboczeń – jest niestety, albo i na szczęście, trudno. A więc czekam na ten 2008 i inne równie ekscytujące wydarzenia, bo czymże, jak nie czekaniem, życie jest człowieka?
Świńskie myśli: Świńskie myśli dziś wyjątkowo świńskie ;P dlatego notkę tę dedykuję M. ;*
poniedziałek, 30 lipca 2007
Nie wierz nigdy kobiecie/świni*
*niepotrzebne skreślić
No dobrze.. Przyznaję się bez bicia, że troszku odpuściłam z pisaniem. I nawet nie z powodu jakiegoś nawału zajęć, wygranej w totka czy innego szczególnego wypadku. Po prostu ogarnęło mnie straszne, paraliżujące lenistwo.. no i ten słomiany zapał, z którym walczę, ale jak widać nie dość skutecznie. Nie składam żadnych obietnic, nie mówię, że będę pisać częściej, że się postaram itp. Po prostu jestem Prosiak Prosiakowaty, a ze świniami to nigdy nic nie wiadomo..
Świńskie myśli: Troszku nakłamałam. W wolnym czasie całkowicie oddaję się… układaniu puzzli w wersji elektronicznej i ciężko mnie od nich odciągnąć. Ale próbujcie ;P może się komuś uda :)
piątek, 06 lipca 2007
Czasami...
Czasami nie mam siły walczyć z wiatrakami, a mimo to idę "pod wiatr". Czasami przejmuję się za bardzo, nawet wtedy gdy problem jest błahy. Czasami nie mam już siły łączyć początku z końcem, bo nie chcę kolejnego początku, wolałabym szybki koniec. Czasami mam ochotę na płacz, gdy wszyscy inni się śmieją. Czasami krzyczą we mnie słowa, których nie wypowiedziałabym nawet szeptem. Czasami jestem silna, bo ukrywam pod powłoką swą słabość. Czasami chciałabym, aby mnie ktoś przytulił i właśnie wtedy okazuje się że jestem zupełnie sama. Czasami daję 100% siebie, a nikt tego nie zauważa. Czasami znikam i wędruję w przestworzach fantazji...
Świńskie myśli: Dlaczego "czasami" zdarza się tak często?
piątek, 15 czerwca 2007
Logicznie rzecz ujmując
Zapisz w postaci formuły logicznej i zbadaj tautologiczność następującego rozumowania: Jeżeli uczę się logiki, to mam katar, a jeżeli mam katar, to kicham, zatem czy to oznacza, że mam w nosie logikę?
Świńskie myśli: Aaaaa psik.
środa, 13 czerwca 2007
obSESYJNE myśli
Siedziała na krześle przy biurku i po raz setny zastanawiała się czy to zrobić. Zawsze, gdy o tym myślała wyobrażała sobie co powiedzą znajomi, przyjaciele, rodzice… Jaka będzie ich reakcja? Czy ktokolwiek w ogóle zauważy, że to nie jest zwykły koniec, a początek czegoś nowego. Początek nowego życia. Spojrzała na lśniące od blasku lampy ostrze. Gdy odpowiednio je trzymała mogła zobaczyć w nim swoje odbicie. Choć nie była brzydka, nie podobało jej się to co widziała. Długie włosy opadały znacznie poniżej ramion, jej owalna twarz pokryta była jasną, gładką cerą. Ot tak, była zwyczajną dziewczyną – niezauważalną w tłumie. Osoby, które ją spotykały po raz pierwszy przy kolejnym spotkaniu nie pamiętały już jak ma na imię. Ludzie często patrzyli nie na nią, a raczej przez nią, jakby była niewidzialna. Nie przeszkadzało jej to. Nie lubiła być w centrum. Gdy w szkole znała odpowiedź na jakieś pytanie zadane całej klasie przez nauczyciela nie odzywała się, bojąc się porażki. Kiedy okazywało się, że odpowiedź była prawidłowa postanawiała odezwać się następnym razem. Ale przy kolejnej możliwości pochwalenia się wiedzą tylko wyszeptała odpowiedź, a koleżanka z ławki korzystając z okazji powtórzyła za nią na głos i zyskała za to punkty za aktywność oraz przychylność nauczycielki. Od tej pory dziewczyna była jeszcze bardziej zła na siebie za brak odwagi, a najbardziej za to, że nie umiała tego lęku pokonać. Było coś jeszcze co wcale nie dodawało jej pewności siebie. Rumieńce! Gdy tylko się zestresowała, zmęczyła, przegrzała, bądź po prostu chciała okazać emocje oblewała się falą przechodzącą od stóp do głów, a zostawiającą wyraźne, czerwone ślady na policzkach. Za te plamy też siebie nie lubiła, mimo iż mama powtarzała jej, że „rumiane dziewczę, to zdrowe dziewczę”, ona jednak wolała oddać swe „zdrowe” rumieńce za zwykłą bladość. Bo jaka przyjemność w czerwienieniu się podczas każdego wysiłku umysłowego, fizycznego czy podczas nadmiaru emocji. Rumieńce towarzyszyły jej zawsze wtedy, gdy najmniej ich potrzebowała. Podczas ekscytującej zabawy – mama zawsze podejrzewała, że coś nabroiła, podczas klasówki – nauczyciel zawsze obserwował ją najbaczniej, gdyż rumieńce sugerowały, że coś kombinuje, gdy odchodziła od konfesjonału po spowiedzi – staruszki szeptały kiwając głowami, że taka młoda, a już musi nieźle nagrzeszyć, skoro oblała się rumieńcem. Jednak największa fala przepłynęła przez nią podczas pierwszego pocałunku z Nim. Wtedy czuła jakby całe ciało jej nabrzmiało od tej czerwoności, jakby była jedną wielką gorącą, czerwoną plamą. Tego uczucia nie zapomni i dlatego od kilku dni tkwi w jej głowie pytanie: zrobić to czy nie? Bo czy jest inne wyjście? Jak zapomnieć niezapomniane, jak wymazać niewymazalne, jak przekreślić to, co było piękne? Te wnioski utwierdziły ją w przekonaniu, że musi to zrobić. Trudno.. niech ludzie mówią co chcą, niech mama płacze, niech sąsiedzi gadają… Wzięła ponownie ostrze do ręki, nacisnęła nim na opuszek palca, sprawdzając jak ostre narzędzie ma w ręku. Strużka krwi pojawiła się na kciuku. Przyjrzała się jeszcze raz swojemu odbiciu i… zrobiła to. Świńskie myśli: To miał być pierwszy rozdział mojej powieści, ale.. no cóż.. nie wyszło. Znów zwyciężył słomiany zapał.
niedziela, 10 czerwca 2007
FORMAlina
„Tymczasem mrok zapadał i samotność – owa kłamana samotność, gdy człowiek, sam, nie jest sam jednak, lecz w duchowym, bolesnym związku z drugim człowiekiem za ścianą(…) a zatem mrok i owa fałszywa samotność uderzały mi do głowy, oślepiały, odbierały do reszty poczucie jawy, w noc strącały. Jakże często noc w dzień nam się wdziera!” z "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza
Świńskie myśli: Do mnie jak najbardziej Gombrowicz przemawia, ale co ja, zwykła świnia, mogę wiedzieć o lekturach, które uczą, bawią, wychowują… Są w tym kraju „osobistości”, które się ponoć na tym znają.
wtorek, 05 czerwca 2007
Przeczucie mnie zawiodło..
Chyba całkiem pochłonął mnie świat filmu, bo po obejrzeniu dwóch amerykańskich produkcji nie potrafię dojść do siebie. I to nie dlatego, że tak duże wrażenie owe filmy na mnie zrobiły, tylko raczej, dlatego że reżyser miał pomysł na film, ale do złej formy wsadził swoje dzieło i wyszedł zakalec. Czekałam na porządny thriller – łamigłówkę, a po obejrzeniu czułam się raczej jak półgłówek. Miałam sto pomysłów na zakończenie, a końcówka po prostu zbiła mnie z tropu. Szczęki szukam do dziś.. bo „Przeczucie” – film, z fantastycznym plakatem, zachęcającym trailerem po prostu zawiódł mnie na całej linii. Wtorek, czwartek, poniedziałek, piątek… o co biega w tym filmie? Żeby chociaż jakaś choroba umysłowa głównej bohaterki, ale nic z tego. Sama poczułam się chora psychicznie, gdy ujrzałam to banalne zakończenie… Drugi film – „Deja vu”. Ech.. wszystko byłoby okey, tylko po co do diaska, ktoś genialny wpadł na pomysł, by do filmu wprowadzić maszynę czasu i to w dodatku w roku 2006.. A mogło być tak cudownie, a mogło być tak zwyczajnie… Mogło być jak w „Zostań”, gdzie całość jest tylko mrugnięciem oka, chwilą krótką… Mogło być jak w „Planie lotu” gdzie przyjaciel staje się wrogiem, a prawda jest tak oczywista, że aż zaskakująca. Mogło być jak w „Mechaniku”, gdzie przeszłość nie daje spać i jeść, a wyrzuty sumienia przybierają różne formy… no ale nie było. Niestety.
Świńskie myśli: Kinomaniak jednak ogląda wszystkie filmy, by mieć własne zdanie i wgląd w filmowy świat:)
sobota, 02 czerwca 2007
Każdy ma jakiegoś bzika..
Każdy ma jakiś nałóg. Znam ludzi, którzy nie potrafią żyć bez komputera, ludzi uzależnionych od zakładów sportowych, od pracy, od kofeiny zawartej w coca-coli. Myślę, że każdy z tych nałogów do pewnego stopnia jest dobry, daje radość, satysfakcję, chwilową euforię… ale mnie kręci coś zupełnie innego. Zastanawiałam się kiedyś bez czego tak naprawdę nie mogłabym żyć, co daje mi nie tylko chwilę radości, ale coś znacznie więcej. Doszłam do wniosku, że nie mogę żyć bez… majonezu:) (bez niego każda kanapka ma jałowy smak) i bez filmu oczywiście. Ten irracjonalny świat, świat wyłaniający się z białego ekranu jest dla mnie znacznie bardziej pociągający niż ten, w którym żyję. I chyba najbardziej odpowiada mi takie kino, gdzie muszę ciągle kombinować, zgadywać, rozgryzać ten twardy orzech, który jednak pod skorupą kryje delikatne wnętrze. Trudno podać ulubiony gatunek, tym bardziej trudno tytuł ulubionego filmu.. ale wiem, że na zawsze zapamiętam świdrujący uszy śmiech Amadeusza, odważne spojrzenie Gladiatora, gdy spotkał ponownie Kommodusa, zabawny marszowy krok Guido idącego na śmierć, kiedy chciał pokazać synowi, że nawet w obozie Życie jest piękne, zapamiętam nieśmiałe spojrzenie Amelii nastawiającej czółko do pocałunku, honorowe zachowanie współczesnego człowieka kroczącego Drogą samuraja, słowa pełne Miłości zapisane w Pamiętniku, nie zapomnę paprotek i mleka, które lubi Leon Zawodowiec, czasem zanurkuję w Wielkim błękicie, by popływać z delfinami i z Dużą rybą. Na pewno tych chwil nie zapomnę, choć Donnie Brasco powtarza forget about it... Świńskie myśli: Żadna pasja nie daje satysfakcji i radości, gdy poświęcasz się jej sam. Najlepiej dzielić ją z kimś, kogo się kocha:)
|
|